Mamy ją! po trzech miesiącach poszukiwań, długich godzinach spędzonych w sieci, tysiącom (dosłownie) przejechanych kilometrów mam suknię ślubną :) Co prawda przyleci do mnie dopiero w lutym, więc mogę do tego czasu jeszcze zmienić zdanie milion razy. Ale mam JĄ!!! :)
Teraz przerzucam się na szukanie bukietów ślubnych, butów, welonu, fryzury, makijażu..garnituru, firmy dekoratorskiej i zespołu, to ostatnie zrzuciłam na barki moich rodziców.
Kończy się właśnie kolejny weekendowy zlot L&V, tym razem Radom- Warszawa, z odzyskaną walizką, zamówioną sukienką oraz niezapomnianymi podróżami pociągiem. W czwartek zapytałam V w żartach, czy ma dla mnie prezent (gdyż ostatni tydzień spędził w Dusseldorfie), a już w piątek wieczorem trzymałam zestaw perfum z wolnocłówki. Moja książka Klejnot medyny wyglądała przy prezencie V dość blado.
Gdy wysiadaliśmy z pociągu w Warszawie, nasze drzwi staranował Pan Młody w białym garniturze. Za nim biegła lamentująca panna młoda w sukni. Nie wiem, czy trafiliśmy na plan filmowy, czy rzeczywiście panstwo mlodzi się pokłócili. Widzieliśmy ich jednak jeszcze czekając na przystanku tramwajowym, Pan Młody biegł przodem i wcale nikt nie kręcił filmu..
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz